Szlakiem Dłubni i Prądnika

Szlakiem Dłubni i Prądnika

wyróżnionetrasa 94 km 4 h
Wyświetl na mapie Pobierz GPX

Jesienna aura z reguły nie zachęca do dłuższych przejażdżek. I choć tegoroczny wrzesień był pod względem pogody wyjątkowo przyjazny, spadek temperatur, zimne podmuchy wiatru i wilgoć nie są o tej porze roku niczym zaskakującym.

Właśnie dlatego warto mieć pod ręką również krótsze trasy, które nie narażają nas na wychłodzenie i pozwalają szybko uciec przed zbliżającym się deszczem. A że wody w ostatnich latach nie zawsze jest pod dostatkiem, przyszedł czas, by wytyczyć na mapie trasę bezpośrednio z nią związaną.

Trasa wzdłuż dwóch rzek kończących swój bieg w Krakowie - Dłubni i Prądnika - to w dużej mierze wycieczka po przemijającym świecie. Po historii, która dosłownie przecieka przez palce.

Podobnie jak wysychające i odradzające się sezonowo źródła, również historia Krakowa i jego okolic nieustannie się zmienia - część jej śladów udaje się ocalić, inne giną bezpowrotnie. W przypadku wielu obiektów mijanych na trasie to już ostatni dzwonek, by poczuć klimat „starego” świata.

Cudzysłów nie jest tu przypadkowy. Określenie „stary świat” może bowiem nieco rozmijać się z historycznymi realiami. Przytłaczająca większość opisywanych pozostałości pochodzi z XIX i XX wieku, a więc z czasów wcale nie tak odległych. Jednak w obliczu przemian, jakie zaszły na przełomie tysiącleci, są to dziś relikty zupełnie innej rzeczywistości. Świata, w którym elektryczność, opieka medyczna, powszechna edukacja, transport zmechanizowany, a nawet dostęp do bieżącej wody były dla ogółu mieszkańców albo zupełnie nieosiągalne, albo dopiero zaczynały wkraczać w ich codzienne życie.

Ale od początku.

Naszą wycieczkę rozpoczynamy dla wygody w okolicach placu Centralnego w Nowej Hucie. Choć miejsce to zasługuje na poruszenie co najmniej kilku wątków związanych z przemianami politycznymi i kulturowymi, architekturą, walką o wolność, urbanistyką, sztuką czy przyrodą, dziś potraktujemy je jedynie jako punkt startowy.

Już na wstępie warto zaznaczyć, że dobór przystanków na trasie, podobnie jak decyzja o ich pominięciu, pozostaje kwestią całkowicie subiektywną. Można potraktować tę trasę jako przyjemną przejażdżkę, ale można też skupić się na przemianach społecznych, zabytkach przemysłu, architekturze drewnianej i średniowiecznej, walorach przyrodniczych, obiektach obronnych, geologii, paleontologii czy archeologii.

Choć trasa liczy niespełna 100 km, jest wręcz wypchana ciekawostkami z najróżniejszych dziedzin. Jeśli postawimy na przyjemną przejażdżkę, pokonanie jej zajmie nam niecałe trzy godziny. Jeśli jednak zechcemy zatrzymać się przy każdym interesującym obiekcie, mogą nie wystarczyć nawet trzy tygodnie.

Trzeba więc zdecydować, co chcemy i co jesteśmy w stanie zobaczyć w dostępnym czasie. Warto przy tym pamiętać, że do niektórych obiektów można zajrzeć tylko w wybrane dni roku, a możliwość podziwiania innych w dużej mierze zależy od pory roku.

Tak czy inaczej, wróćmy do początku.

Cmentarz parafialny w Mogile

Z placu Centralnego im. Ronalda Reagana kierujemy się aleją Jana Pawła II na zachód, w stronę Mogiły. Choć pierwszy punkt na mapie naszej wycieczki nie należy do najweselszych, jest ściśle związany z kilkoma wątkami, do których wrócimy na dalszej trasie.

Cmentarz parafialny w Mogile to miejsce, w którym wspomniany „dawny świat” odcisnął swoje wyraźne piętno. Jednym z najbardziej charakterystycznych obiektów nekropolii jest grobowiec rodziny Rogozińskich. Uratowany przed katastrofą budowlaną, stanowi miejsce ostatniego spoczynku m.in. Kazimierza Rogozińskiego - nauczyciela, który przybył do Mogiły wraz z rodziną w 1838 roku. Był on zarazem pierwszym właścicielem terenu na którym posadowiona jest charakterystyczna willa, stojąca do dziś w tej części Krakowa. Budynek powstał w miejscu wcześniejszego, drewnianego domu, wzniesionego przez rodzinę na potrzeby własne oraz szkoły.

Drugim obiektem, o którym warto wspomnieć, jest Cmentarz wojenny nr 390 - Mogiła, na którym spoczywa 71 żołnierzy armii austro-węgierskiej poległych lub zmarłych podczas I wojny światowej. Tego rodzaju nekropolii nie brakuje w Krakowie i jego okolicach. Mogilski cmentarz, prawdopodobnie ze względu na włączenie go w obręb większego, dziś również zapomnianego założenia, pozostaje jednak mało znany, mimo położenia w granicach miasta. Jeszcze do niedawna jego stan był zresztą opłakany.

To miejsce wiąże się również z dalszą częścią naszej opowieści. Na trasie będziemy mieli okazję odwiedzić co najmniej cztery obiekty związane z Twierdzą Kraków, a także inne dzieła obronne położone już poza granicami miasta.

W ludzkim wymiarze naszej wycieczki mogilski cmentarz parafialny, administrowany przez parafię św. Bartłomieja, kryje znacznie więcej niż tylko ślady dawnej historii. Dla parafii jest to drugi, młodszy cmentarz, ale to inny, na pozór mniej widoczny i rozproszony wątek przykuwa tu szczególną uwagę. Tuż obok cmentarza wojennego i najstarszych nagrobków nekropolii znajdziemy bowiem liczne mogiły dziecięce z początku XX wieku.

Sama ich obecność jest wystarczająco przygnębiająca, ale uwagę zwraca problem, który zwykle kojarzymy ze znacznie odleglejszymi epokami. Chodzi o przerażająco wysoką śmiertelność wśród dzieci, z którą społeczność - jak pokazują nagrobki - zmagała się jeszcze długo po przełomie XIX i XX wieku, aż po okres powojenny.

Szczególnie wyróżnia się mogiła trojga dzieci: Władzi, Wacusia i Alinki Kusibab. Poza oczywistym, smutnym świadectwem ówczesnych realiów opieki medycznej, tak odmiennych od dzisiejszych, wiąże się ona również z innymi wątkami naszej opowieści - przede wszystkim z historią ludzi których życia nierozerwalnie połączone są z nurtem rzek, a zwłaszcza z Dłubnią.

Według informacji odnalezionych przed laty dzieci te pochodziły z rodziny młynarzy, którzy dzierżawili jeden z licznych w tej okolicy młynów należących do cystersów z opactwa w Mogile. I właśnie młyny będą jedną z najliczniej reprezentowanych, a zarazem najciekawszych kategorii obiektów na naszej trasie. Przekonamy się o tym już niebawem.

Niezależnie od tego, czy postanowiliśmy na chwilę zakłócić spokój zmarłych, czy też pominęliśmy cmentarz, kawałek dalej skręcamy w prawo, w ulicę Klasztorną. A tam na miłośników historii, architektury, sztuki i przemysłu czeka aż nadto ciekawostek.

Jako pierwsze mijamy budynki należące niegdyś do wspomnianej już rodziny Rogozińskich, mocno związanej zarówno z Mogiłą, jak i lokalną oświatą. Najważniejszym obiektem jest jednak opisywana wcześniej Willa Rogozińskich, wzniesiona w 1880 roku przez potomków Kazimierza Rogozińskiego i jego żony Agnieszki Biczówny, w miejscu wcześniejszego, drewnianego budynku.

Willa jest o tyle ciekawa na mapie Krakowa, że po zmianach wprowadzonych przez kolejnych właścicieli zyskała elementy tzw. stylu szwajcarskiego. A przynajmniej można tak określić jej ganek. Na naszej trasie napotkamy jeszcze przykłady tego nurtu. Również w samym Krakowie znajdziemy kilka innych domów, które reprezentują go w mniejszym lub większym stopniu. Nie jest to jednak szczególnie licznie reprezentowany styl, dlatego warto odnotować także ten przykład.

Kościół św. Bartłomieja Apostoła w Krakowie

Kolejnym nietuzinkowym obiektem na trasie, położonym około 100 metrów dalej, jest kościół Narodzenia Pańskiego i św. Bartłomieja Apostoła. Architektura sakralna nie każdemu musi przypaść do gustu, ale tytuł najstarszego drewnianego kościoła w Polsce o trzech nawach w układzie halowym, a przede wszystkim fakt, że budowla przetrwała do naszych czasów, zasługują na uznanie.

Kościół nie oparł się wprawdzie barokowym i rokokowym przekształceniom, ale zachował wiele elementów gotyckich. Najcenniejszym z nich jest portal wykonany przez Macieja Mączkę w 1466 roku. Biorąc pod uwagę pozorną nietrwałość drewna oraz gwałtowne zawirowania historyczne, które wielokrotnie dotykały tę okolicę, samo przetrwanie budowli jest dość zaskakujące.

Trzeba przy tym podkreślić, że Mogiła, w tym opactwo cystersów, którego główną część znajdziemy tuż obok, po drugiej stronie ulicy, ma się czym pochwalić, jeśli chodzi o wychodzenie z historycznych opresji.

Już w XV wieku klasztor dwukrotnie ucierpiał w wyniku katastrof: najpierw częściowo zniszczyło go trzęsienie ziemi, a następnie strawił pożar. Z ogniem zarówno bracia, jak i mieszkańcy musieli zmagać się ponownie w połowie XVI wieku. Niedługo później, w 1587 roku, do opactwa wkroczył Maksymilian III Habsburg, zmierzający na Kraków ze swoją armią. W 1656 roku cystersi gościli natomiast Szwedów - choć określenie „gościli” jest w tym przypadku mocno na wyrost.

Zaraz po rabunku dokonanym przez Szwedów o „swoje” upomnieli się miejscowi chłopi. Rok później klasztor zajęły sprzymierzone wojska austriackie. Potem przyszły kolejne pożary i następne wojenne zawieruchy, w tym okupacja niemiecka. Tak w dużym skrócie dotarliśmy do czasów współczesnych.

Podsumowując: fakt, że drewniany kościół św. Bartłomieja przetrwał w takiej formie około 560 lat, jest niemałym wyczynem.

Zajrzenie do jego wnętrza nie zawsze jest proste, ale też nie wymaga szczególnych zabiegów. Mimo dość ograniczonego harmonogramu zwiedzania kościół można stosunkowo często zobaczyć od środka podczas wycieczek organizowanych w niedziele, poza terminami ujętymi w publicznie udostępnionym harmonogramie.

Opactwo Cystersów w Mogile

O zabytkowym klasztorze i kościele Wniebowzięcia Najświętszej Maryi Panny i św. Wacława można by napisać niejedną pracę doktorską. My ograniczymy się do wspomnienia, że jest to jeden z największych i najstarszych zespołów klasztornych w Krakowie i całej Polsce. Za sprowadzeniem cystersów do Mogiły w 1225 roku stał biskup Iwo Odrowąż, który na opisywanej trasie pojawi się jeszcze nie raz.

Powstanie opactwa przypadło na okres intensywnej działalności fundacyjnej i “promigracyjnej” tego biskupa, nic więc dziwnego, że zabudowania klasztorne kryją liczne romańskie i gotyckie relikty. W przypadku gotyku określenie to jest wręcz niedopowiedzeniem, o czym przekonujemy się już po przekroczeniu bramy, gdy naszym oczom ukazuje się wschodnia fasada pałacu opackiego.

Osoby bardziej zainteresowane historią opactwa, a szerzej także dziejami cystersów, mogą skorzystać z oferty niedawno otwartego Muzeum Cystersów w Mogile. Warto choć na chwilę zagłębić się w tę tematykę, zwłaszcza że najbliższa okolica klasztoru kryje wiele historycznych zawiłości związanych z podziałami i przemianami zachodzącymi w tej części Krakowa, w których szczególną rolę odgrywali duchowni, a zwłaszcza cystersi.

Choć muzeum pachnie jeszcze nowością, zupełnie inny zapach mają klasztorne zbiory biblioteczne. Mimo że na przestrzeni wieków zostały mocno przetrzebione, wciąż należą do zasobniejszych i cenniejszych kolekcji tego rodzaju. To jednak temat na osobną opowieść, wymagającą zresztą nieco innego podejścia i uwzględnienia odmiennych ograniczeń. Warto natomiast zaznaczyć, że znaczną część klasztornych archiwaliów zdigitalizowano, dzięki czemu można zapoznać się z nimi również online.

W przypadku opactwa i związanych z nim ciekawostek — a przecież to właśnie takie zagadnienia w znacznej mierze stanowią tematykę serwisu — warto podkreślić, że obecność duchowieństwa i sprowadzanie do kraju kolejnych przedstawicieli tego stanu nie ograniczały się do działalności duszpasterskiej. Szczególnie wyraźnie widać to na przykładzie klasztorów.

Prowadzenie działalności naukowej i przemysłowej, organizowanie szkolnictwa, zarządzanie rozległymi majątkami ziemskimi i ich mieszkańcami — co szczególnie dobrze widać w Krakowie i jego okolicach — wykraczało daleko poza sferę religijną. Wiązało się to również z gromadzeniem znacznych dóbr materialnych i cennych zbiorów piśmiennych, a w konsekwencji z potrzebą ich ochrony. Klasztory były bowiem nie tylko ośrodkami życia religijnego, lecz także ważnymi centrami gospodarczymi, intelektualnymi i administracyjnymi, a zarazem elementami ówczesnego systemu sprawowania władzy.

Choć podejście do Islamu w ujęciu systemowym nie budzi dziś większych oporów i bez problemu ujmuje się go jako rozwiązanie integrujące wiarę, normy społeczne, prawo i politykę w przypadku katolicyzmu czy czy innych odłamów chrześcijaństwa, podejście tego typu choć zbieżne z minionymi realiami wciąż budzi kontrowersje.

A przecież nawet dziś wspominajac o znanym, choć epizodycznym krakowianinie jakim był Mikołaj Kopernik, wspomina się strach przed reakcją kleru, kompletnie pomijając czy to z niewiedzy czy umyślnie fakt, że sam astronom należał do najważniejszych jego przedstawicieli. A system ten był ściśle spleciony z władzą świecką.

Można odnieść wrażenie, że podobny mechanizm działa również wtedy, gdy przed klasztorami napotykamy rozbudowane założenia obronne: mury, fosy, baszty czy szańce, nierzadko przewyższające skalą umocnienia chroniące świeckie ośrodki władzy.

Choć dziś do opactwa cystersów w Mogile dostaniemy się bez większych trudności, warto pamiętać, że niegdyś było ono otoczone murami i basztami, chronione wałami oraz naturalnymi przeszkodami w postaci wód Wisły i Dłubni, a także okolicznych stawów. Co istotne, część dawnego systemu obronnego możemy rozpoznać również współcześnie. W znacznej mierze dzięki wizualizacji danych LiDAR, ale nie tylko — na miejscu wciąż można przyjrzeć się zachowanym reliktom dawnych umocnień. Jednym z najlepszych przykładów jest XVII-wieczna baszta ukryta za zabudowaniami klasztornymi.

Wracając do przemysłowej i handlowej działalności duchowieństwa, warto wspomnieć, że na terenie opactwa funkcjonowały nie tylko papiernia, huta miedzi i młyn, lecz także browar. A to przecież jeszcze bez uwzględnienia gospodarstw hodowlanych i ogrodów.

Tereny należące do klasztoru lub stanowiące jego uposażenie wykraczały daleko poza obręb opactwa, obejmując rozmaite przedsięwzięcia gospodarcze. My jednak nie musimy oddalać się od głównych zabudowań nawet o dziesięć metrów, by natrafić na kolejny ślad tej działalności.

Tuż obok bramy znajdziemy bowiem Dom Młynarza — budynek z długą historią, a zarazem zupełnie świeżo odnowiony, dopiero co oddany po gruntownej renowacji. Tuż obok niego zachowały się relikty dawnego młyna, przypominające o gospodarczej przeszłości tego miejsca.

Zapomniana historia

Zanim skręcimy w ulicę Żaglową, warto wspomnieć jeszcze o dwóch kwestiach związanych z najbliższą okolicą klasztoru. Otóż na skarpie górującej nad nowohuckimi mokradłami, na terenie dzisiejszego Szpitala Specjalistycznego im. Stefana Żeromskiego, życie kwitło na długo przed pojawieniem się choćby zalążków polskiej państwowości, a nawet chrześcijaństwa.

Okolice Mogiły, choć zamieszkane co najmniej od neolitu, kojarzone są przede wszystkim z pozostałościami działalności Celtów, a zwłaszcza z ich aktywnością menniczą w tym regionie. Odkryta tu mennica uznawana jest za najstarszy tego rodzaju obiekt na ziemiach polskich.

Aby uniknąć ciągłych wtrąceń dotyczących przedmiotów wydobytych już z ziemi lub wciąż skrywanych przez nią śladów przeszłości, wspomnijmy tylko, że cały obszar dawnych wsi Mogiła i Krzesławice obfituje w stanowiska archeologiczne. Znajdziemy tu pozostałości zarówno z okresu wpływów rzymskich i epok znacznie wcześniejszych, jak i z czasów, w których na tych terenach rozwijały się społeczności słowiańskie.

I jak to często bywa w Krakowie i jego okolicach, na ślady przeszłości można natknąć się niemal na każdym kroku. Czasem wystarczy uważniej rozejrzeć się wokół siebie, by historia dosłownie znalazła się pod naszymi stopami.

Z drugą kwestią zetknęliśmy się właściwie już na samym początku trasy. Ruszając w stronę Mogiły, po prawej stronie, na obszarze zajmowanym dziś przez osiedle Centrum, w czasie II wojny światowej funkcjonował obóz pracy przymusowej Baulager 15/XIV. Miejsce to popadło w zapomnienie i niemal całkowicie zniknęło ze zbiorowej świadomości mieszkańców.

Tematyka II wojny światowej z pewnością powróci na łamy serwisu jeszcze nie raz. Warto jednak wspomnieć o tym miejscu już teraz, zwłaszcza że popkulturowy obraz wojennych wydarzeń, w dużej mierze kształtowany przez takie produkcje jak Lista Schindlera Stevena Spielberga, sam staje się dziś częścią historii. Tymczasem lokalne ślady okupacji, często pozbawione materialnej oprawy i upamiętnienia, stopniowo znikają z pamięci kolejnych pokoleń.

Młyn Lelitów

Opuszczamy gęściej zabudowaną część Mogiły i ruszamy ulicą Żaglową w stronę jej starszej, bardziej wiejskiej części. Po drodze, tuż za zabudowaniami klasztoru, warto jeszcze zerknąć w lewo i spróbować dostrzec wspomniane już relikty dawnych obwarowań opactwa.

Warto również dodać, że częściowo poruszamy się wzdłuż nieistniejącej już Młynówki — sztucznej odnogi Dłubni, która niegdyś zasilała klasztorne młyny, w tym ten działający przy zachowanym do dziś Domu Młynarza. Ciek wodny pełnił swoją funkcję aż do lat 50. XX wieku, dlatego jego przebieg można odtworzyć na podstawie większości dostępnych map z tego okresu.

To właśnie nad Młynówką, w pobliżu skrzyżowania z ulicą Stare Wiślisko, znajdował się drugi młyn na naszej trasie. Jego właścicielem był Franciszek Lelito. Widoczne do dziś zabudowania zakładu to murowana, unowocześniona wersja starszego młyna, wyposażona między innymi w silnik parowy. Z czasem obiekt utracił swoją funkcję gospodarczą i wraz z zasypanym ciekiem wodnym zaczął odchodzić w przeszłość. Dziś niszczeje po cichu, pozostając niemal niezauważony przez ludzi, którzy mijają go na co dzień.

Mogiła w Mogile

Pokonując kolejne kilkaset metrów, docieramy do skrzyżowania ulic Żaglowej i Podbagnie. Musimy tu podjąć decyzję: kontynuujemy wycieczkę wzdłuż Dłubni czy może nieco ją rozszerzamy, odwiedzając obiekt, od którego wieś Mogiła wzięła swoją nazwę. Chodzi oczywiście o Kopiec Wandy, od wieków określany po prostu mianem mogiły.

Jeśli zdecydujemy się na ten dodatkowy przystanek, najlepiej skierować się w stronę ulicy Longinusa Podbipięty, która po zmianie nazwy na ulicę Jerzego Giedroycia doprowadzi nas do skrzyżowania z nowym przebiegiem ulicy Igołomskiej. Przecinamy ją i kontynuujemy jazdę w stronę Kopca Wandy, poruszając się dalej jezdnią prowadzącą na północ.

Pierwszym obiektem, który napotkamy po drodze, jest Fort 49 ½a Mogiła. W jego sąsiedztwie znajdowała się również bateria artyleryjska B3 Mogiła, która, podobnie jak wiele innych elementów umocnień Twierdzy Kraków, nie przetrwała do naszych czasów. Sam fort miał więcej szczęścia. Zachował się, przeszedł remont i doczekał się możliwości zwiedzania, choćby przy okazji Dni Twierdzy Kraków. O ile najbliższa okolica wciąż sprawia wrażenie zatrzymanej w latach 90., o tyle sam obiekt nie straszy już stanem technicznym. Dziś pełni funkcję magazynu archeologicznego.

Aby dotrzeć do kopca, skręcamy w prawo. Jeśli wcześniej wjechaliśmy w drogę prowadzącą do fortu, wystarczy wrócić na dawny przebieg ulicy Igołomskiej i kontynuować jazdę na północ. Przy kolejnym rozstaju ponownie obieramy ten kierunek, docierając w końcu pod sam Kopiec Wandy.

Trudno nie zauważyć, że mimo swojego znaczenia i historii, której początki sięgają czasów wykraczających poza jej ramy, jest to miejsce w znacznej mierze zapomniane, pomijane, a na pewno zaniedbane.

Świadczy o tym nie tylko stan dróg, którymi tu dotarliśmy, i brak odpowiedniego oznakowania, lecz także kondycja samego kopca. Ten wciąż wymaga kompleksowych działań zabezpieczających, konserwatorskich i dalszych badań. Warto przy tym podkreślić, że poza nieinwazyjnymi badaniami georadarowymi przeprowadzonymi w 2016 roku badania archeologiczne ograniczały się przede wszystkim do partii szczytowej nasypu.

Dodatkowym utrudnieniem w odtworzeniu pierwotnego wyglądu kopca są przekształcenia związane z austriackimi umocnieniami. W czasie zaborów Kopiec Wandy został najpierw włączony w system szańców, a następnie wykorzystany w ramach Fortu 49 „Kopiec Wandy”. Nie mamy również pewności, czy badana partia szczytowa stanowiła element pierwotnego nasypu, czy też była wynikiem późniejszych prac i jego podwyższenia.

Warto bowiem pamiętać, że Kopiec Wandy, podobnie jak Kopiec Krakusa i Kopiec Kościuszki, był wykorzystywany przez wojsko jako punkt obserwacyjny.

Ciekawa jest również historia kopca z okresu okupacji niemieckiej. Wiąże się ona z ukryciem posągu wieńczącego jego szczyt — projektu Jana Matejki. Dzięki Janowi Rusinkowi udało się uchronić figurę przed zniszczeniem. Po wojnie orzeł powrócił na swoje miejsce, choć obecnie oglądamy już odlew wykonany na podstawie zdewastowanego oryginału.

Dziś okolice krakowskich kopców, których geneza sięga odległej przeszłości, wydają się uporządkowane i pozbawione wyraźnych śladów dawnego krajobrazu. Przyjmuje się jednak, że zarówno wzgórze Lasoty, jak i okolice Mogiły mogły być niegdyś usiane mniejszymi kurhanami, stanowiącymi element znacznie rozleglejszych założeń cmentarnych.

O tym, że okolice kopców były niegdyś znacznie intensywniej użytkowane przez człowieka, świadczy liczba artefaktów, na które można natrafić w rejonie Kopca Wandy. Niektóre wręcz wystają z ziemi, odsłonięte przez erozję i upływ czasu. Na fragmenty ceramiki wczesnośredniowiecznej, a także pochodzącej z późniejszych okresów, można natknąć się nawet podczas zwykłego spaceru ścieżką prowadzącą na szczyt kopca.

Gnijąca historia

Niezależnie od tego, czy na trasie naszej wycieczki uwzględniliśmy Kopiec Wandy, kolejnym charakterystycznym punktem jest kapliczka św. Jana Nepomucena, położona już na terenie dawnej wsi Mogiła. Choć dziś stanowi jedynie element krajobrazu osiemnastej dzielnicy Krakowa - Nowej Huty - niegdyś pełniła ważną funkcję dla lokalnej społeczności.

Kapliczka ma charakter feretronowy, czyli jest obustronna. Z jednej strony przedstawia św. Jana Nepomucena, patrona chroniącego między innymi przed powodziami, z drugiej zaś znajduje się wizerunek Matki Boskiej, do której również zwracano się o opiekę. Obiekt trafił w to miejsce podczas uroczystej procesji w latach 60. XIX wieku. Jej celem było uchronienie wsi przed powodziami regularnie nawiedzającymi nadwiślańskie tereny.

Warto przy tym pamiętać, że ówczesny bieg Wisły wyraźnie różnił się od dzisiejszego. Rzeka przepływała nie setki, lecz zaledwie kilka metrów od zabudowań, stanowiąc dla mieszkańców realne zagrożenie. Ślady nieistniejącego już zakola Wisły można dostrzec zarówno na mapach lidarowych, jak i ortofotomapie. Jego prawe ramię zajmują dziś wyłącznie pola uprawne oraz wydłużony odcinek koryta Dłubni, która niegdyś uchodziła do Wisły niemal w samym centrum wsi.

Wieś Mogiła była nierozerwalnie związana z wodami Wisły, Dłubni, jej przemysłowej odnogi oraz licznymi stawami, które od zachodu osłaniały cysterskie opactwo. W XIX wieku funkcjonowały tu aż cztery młyny uprzywilejowane, należące do cystersów. Proces znoszenia pańszczyzny, którego przebieg - jak można się domyślać - niekoniecznie spotykał się z entuzjazmem wielebnych, wiązał się również z oczynszowaniem młynów. Ostatecznie zmiany te doprowadziły do zakończenia ich dotychczasowego funkcjonowania na dawnych zasadach w 1833 roku.

W późniejszym okresie w samym centrum wsi działały aż trzy zakłady służące do rozdrabniania płodów rolnych, z których do naszych czasów przetrwał tylko jeden. O jego pierwotnym przeznaczeniu niewiele mówią zarówno obecna funkcja budynku mieszkalnego, jak i nazwa „Gwoździarnia”. Ta ostatnia wskazuje, że w pewnym momencie produkcja gwoździ zastąpiła tu tradycyjne mielenie zboża. To ciekawy przykład tego, jak wraz ze zmianami gospodarczymi dawne obiekty przemysłowe zyskiwały nowe funkcje, a ich pierwotna historia stopniowo zacierała się w lokalnej pamięci.

To co jednak najbardziej przykuwa w dawnej wsi to ostatnie juz zabudowania, których styl i forma znacząco odbiegaja od dzisiejszych standardów. Mowa tu oczywiscie o tradycyjnych, drewnianych chatach, które w znacznej mierze wciąż utrzymują swój oryginalny charakter i wygląd.

Co prawda betonowe dachówki w czasach PRL częściowo zastąpiły strzechy, choć częściej decydowano się po prostu na pokrycie ich papą, ale spasowanie elementów, czy brak fundamentów wciąż wskazywały z którą epoką zabudowania moga być identyfikowane. Na pewno jest to widok odmienny od tego który możemy zaobserwować w skansenach, a wszczególnosci niezgrywa się on z obrazem prezentowanaym w powstajacym Parku Edukacyjnym “Branice”, który stanowi namiastkę planowanego od lat krakowskiego skansenu.

W doniesieniu do ostatnich zachowanych chat warto wspomnieć że dostępne są wspomnienia mieszkańców m.in. z lat 50. i 60. XX wieku, które opisują ówczesne życie i zdobycze cywilizacji, które wnrew pozorom niezbyt gwałtownie wkraczały do Mogiły i wielu podobnych wsi. I jest to określenie bardzo delikatne. Można bowiem spokonnie powiedzieć, że Mogiła stanowiąca już wcale nieodległą rynkowi część Krakowa w drugiej połowie XX wieku wciąż twkwiła w realiach które wiekszosć identyfikowała by z wczesnym sredniowieczem, a nie gwałtowną industrializacją. Elektryfikacja Mogiły, nastąpiła dopiero w latach 1949-1951 i to głównie dzięki zajęciu jej terenów przez nowo powstajacy kombinat.

Mogilski eksperyment

Z drugiej jednak strony, co jest raczej niszową ciekawostą, trzeba wskazać, że Mogiła stanowiła jedną z pierwszych wsi w okolicy przez które energia elektryczna popłyneła. Tyle tylko że elektrony miały służyć nie mieszkańcom, a rażeniu potencjalnego nieprzyjaciela. Austiacy zainspirowani niemieckimi zasiekami pod wysokim napieciem, które w 1915 r. pojawiły się w twierdzy poznańskiej postanowiły przeprowadzic tego typu ekspreryment właśnie w Mogile. I tak to dzięki pomocy firmy Simens od Mogiły do Krzesławic przeprowadzono wspieraną przez schrony transforatorowe testową i innowacyjną linię obrony. I choć dalszą rozbudowę wzdłuż Dłubni zarzucono, wyniki eksperymentu posłużyły do “kopania” przeciwnika na froncie włoskim.

Relikty tej naładowanej linii obrony wciąż zalegaja w okolicznej ziemi i czekają na badania.

Ostatni dzwonek

Wracając do dawnego świata, który jeszcze w pierwszej dekadzie XXI wieku był reprezentowany znacznie liczniej niż dziś, a jego forma bliższa była XVIII niż XXI stuleciu, warto przyjrzeć się Mogile oraz pobliskim Krzesławicom i Pleszowowi. To wciąż jeden z najciekawszych obszarów, pozwalających spojrzeć na warunki życia na dawnej wsi w sposób znacznie bliższy rzeczywistości niż ten, który znamy ze skansenów.

Prezentowane tam chałupy tworzą bowiem obraz w pewnym stopniu wyidealizowany, nie zawsze oddający prawdziwe realia codziennego życia. Trzeba jednak zaznaczyć, że budynki, które przetrwały w okolicach Mogiły, w znacznej mierze reprezentują już standardy z okresu międzywojennego, a więc i tak stanowią późniejszy etap rozwoju wiejskiego budownictwa.

O ile współczesny inspektorat nadzoru budowlanego zapewne z niemałymi obawami przekroczyłby próg niejednej z zachowanych chałup, o tyle w przypadku ich starszych, XIX-wiecznych poprzedniczek już to że stoją mogłoby wprawiać w niemałe zdumienie.

Warto podkreślić, że zachowane chałupy znajdują się dziś u schyłku swojego istnienia. Wraz z ich zniknięciem odejdą ostatnie materialne świadectwa dawnego świata, którego nie sposób zamknąć w prostych uogólnieniach ani odtworzyć za pomocą wyidealizowanych obrazów znanych ze skansenów.

Co istotne, mijane w Mogile zabudowania, podobnie jak te, które spotkamy na dalszej trasie, choć w znacznej mierze są ujęte w Gminnej Ewidencji Zabytków nie są objęte ochroną konserwatorską i nie zakwalifikowano ich do przeniesienia do skansenu. Nie czeka ich więc pieczołowita rekonstrukcja ani drugie życie w muzealnej scenerii. Najprawdopodobniej czeka je stopniowy rozpad, który można obserwować na własne oczy. To proces, w którym z każdym rokiem ubywa kolejnych fragmentów dawnego krajobrazu, a wraz z nimi znikają świadectwa codzienności, której nie oddadzą żadne muzealne ekspozycje.

Przeprawa do Krzesławic

Kierując się ulicą Bardosa, opuszczamy starą część wsi Mogiła, brutalnie odciętą od otoczenia przez linię tramwajową oraz drogi dojazdowe do IV obwodnicy Krakowa. Nienaturalnie powyginana ulica przed przebudową układu drogowego prowadziła wprost w kierunku Kopca Wandy. Dziś, wskutek wprowadzonych zmian, właściwie donikąd.

Dlatego po dotarciu do jej dalszego odcinka skręcamy w ulicę Księdza Jana Korzonkiewicza, która obecnie kończy się u bram ujęcia wody, choć niegdyś biegła wzdłuż koryta Dłubni aż do Zalewu Nowohuckiego. Ze względu na zmiany urbanistyczne odbijamy jednak na rozwidleniu w ulicę Melchiora Wańkowicza, która na mapie wygląda niemal tak, jakby znalazła się tam dla żartu. W rzeczywistości jest dziś ścieżką biegnącą przez zupełnie zdziczałe tereny Nowej Huty.

Pokonanie tego odcinka nie nastręcza trudności technicznych i powinno być możliwe na każdym typie motocykla. Osoby bardziej wyczulone na rodzaj i jakość nawierzchni mogą jednak ominąć ten fragment, korzystając z drogi ekspresowej S7 lub ulicy Bulwarowej. Ważne, by ostatecznie wrócić na ulicę Melchiora Wańkowicza, przeciętą aleją Solidarności.

Na końcu terenowego wariantu trasy czeka nas kolejny przykład zanikającej rzeczywistości: chyląca się ku upadkowi drewniana chata oraz równie posępny Schron Amunicyjny Mogiła. Jak to często bywa w Krakowie, również i w tym przypadku wojskowej pozostałości towarzyszy stanowisko archeologiczne, dokumentujące ślady osadnictwa neolitycznego oraz pozostałości z późnego okresu lateńskiego.

Po przekroczeniu kolejnej przeszkody terenowej, jaką jest aleja Solidarności, musimy skorzystać z przełączki prowadzącej w stronę kombinatu, by zawrócić i wrócić na właściwy kierunek. Pierwszym obiektem wartym uwagi, szczególnie w kontekście naszej wędrówki śladami Dłubni, jest Młyn turbinowy Kirchmayerów z 1902 roku.

Co ciekawe, zakład funkcjonował aż do 2009 roku. Choć murowane ściany nadawały mu nieco nowocześniejszy wygląd, pozostałe elementy konstrukcji i wyposażenia, a także towarzyszące pracy dźwięki, huk i zapach, przywodziły na myśl sceny z kultowego filmu Znachor Jerzego Hoffmana z 1981 roku, z Jerzym Bińczyckim w roli głównej. Sprawdzone osobiście ;)

Kolejnym punktem na trasie jest budynek Klubu Krzesławice, należącego do Ośrodka Kultury Kraków-Nowa Huta. W rzeczywistości to dawna szkoła, ufundowana przez wspomnianego już przy okazji Kopca Wandy Jana Matejkę, który od czasu do czasu rezydował w pobliskich Krzesławicach.

Tuż obok znajduje się kościół filialny św. Jana Chrzciciela i Matki Boskiej Szkaplerznej. Choć jest to autentyczna świątynia z XVII wieku i doskonale wpisuje się w otoczenie dopełniając lokalny szlak architektury drewnianej, pierwotnie służyła ona mieszkańcom Jawornika, położonego niedaleko Myślenic. Do czasu przeniesienia, które nastąpiło w 1983 roku, nosiła wezwanie Znalezienia i Podwyższenia Krzyża Świętego oraz św. Jana Chrzciciela.

Powodem jej relokacji były plany utworzenia w tym miejscu krakowskiego skansenu. Jak widać, realizacja tego zamierzenia to długa i wyboista droga, a kolejne dekady nie przyniosły oczekiwanego finału.

Następnym obiektem, który miał wejść w skład zespołu zabytków planowanego skansenu w Krzesławicach, musiał być oczywiście oddalony o kilkadziesiąt metrów Dworek Jana Matejki. To właśnie tutaj malarz przyjeżdżał z niedalekiego Krakowa, mówiąc, że jedzie na wieś. Dziś może to wywoływać uśmiech, ale nawet w latach 70. XX wieku takie określenie nie musiało szczególnie dziwić. Tym bardziej jeśli cofniemy się do czasów sprzed powstania Nowej Huty, a zwłaszcza do lat życia artysty (1838–1893).

Warto bowiem przypomnieć, że Kraków dopiero w XVIII wieku zaczął nieśmiało wychodzić poza obręb dawnych murów miejskich. Jeszcze w pierwszych dekadach XX stulecia, a miejscami również po II wojnie światowej, miejska zabudowa przeplatała się z drewnianymi chałupami i wiejskimi zagrodami. Dalej zaś rozciągały się kilometrami pola i łąki, urozmaicone gdzieniegdzie niewielkimi osadami. Wśród nich Mogiła wyróżniała się wielkością i znaczeniem, prezentując się na tle okolicy nader okazale. Dopiero budowa Nowej Huty nieodwracalnie zmieniła ten krajobraz, zacierając granicę między miastem a wsią. Choć i ta kwestia jest mocno dyskusyjna.

Przemierzając Krzesławice, z pewnością zwrócimy uwagę na liczbę i stan zachowania drewnianych chałup. Takiej koncentracji tradycyjnej zabudowy wiejskiej trudno szukać nawet poza granicami miasta. To jeden z tych obszarów, w których dawny krajobraz przetrwał mimo postępujących zmian urbanistycznych.

W rejonie ulicy Stanisława Wojciechowskiego, nad wciąż zachowaną Młynówką, można odnaleźć ruiny kolejnego młyna. Tym razem jednak zrezygnujemy z odwiedzin. Przemawiają za tym zarówno stan zachowania obiektu, jego otoczenie, jak i trudności z dotarciem na miejsce na dwóch kołach. Dodatkową przeszkodą jest nurt Dłubni, który oddziela nas od pozostałości dawnego zakładu.

Poza zabytkową, drewnianą zabudową warto zwrócić uwagę na ślady II wojny światowej, znajdujące się w pobliżu wylotu ulicy. Reprezentuje je przede wszystkim Pomnik Rozstrzelanych w Krzesławicach, upamiętniający ofiary niemieckich egzekucji. W okolicy zachował się również element infrastruktury obronnej związany z przebiegającą tędy linią kolejową “Kocmyrzówką” — betonowa zapora przeciwpancerna typu Fallkörpersperre. Jej działanie polegało na wysadzeniu podpory u podstawy, co powodowało przewrócenie betonowego słupa na torowisko lub drogę i zablokowanie przejazdu w razie natarcia nieprzyjaciela. Podobne konstrukcje można odnaleźć także w innych częściach Krakowa.

Bieńczyce

Przekraczając ulicę Kocmyrzowską i jednocześnie pokonując Dłubnię, kończymy przejazd przez Krzesławice i wkraczamy do Bieńczyc — kolejnej znaczącej wsi w tej okolicy. Tym razem pominiemy temat cmentarzyska odkrytego nad brzegiem rzeki i przejdziemy, a właściwie przejedziemy, do kolejnego punktu na naszej trasie: bieńczyckiego młyna. Dziś jest to już właściwie Faktoria Młyn, czyli zespół budynków mieszkalnych, których architektura stanowi dość swobodną interpretację niszczejących jeszcze do niedawna zabudowań dawnego Młyna Lelitów. Nazwisko to, jak nietrudno sobie przypomnieć, pojawiło się już przy okazji opowieści o Mogile. Tym razem chodzi jednak o Władysława Lelitę, który nabył młyn po pożarze w 1915 roku. Wcześniej działał tu młyn należący do rodziny Wasserbergów, a jeszcze wcześniej — tartak.

Działalność zakładu zakończyła się dopiero w 1990 roku, kiedy na mocy wyroku sądowego znacjonalizowany po wojnie młyn miał wrócić do prawowitych spadkobierców. Wywiezienie urządzeń niezbędnych do jego funkcjonowania, dewastacja zabudowań, a następnie pożar przypieczętowały przemysłową historię tego miejsca. Dziś po dawnym zakładzie pozostało niewiele, a jego pierwotny charakter ustępuje miejsca nowej zabudowie.

Przy okazji opowieści o młynarstwie warto wspomnieć również o mijanym Stawie przy ulicy Kaczeńcowej. Choć dziś funkcjonuje jako użytek ekologiczny, jego rola nie ograniczała się do przyrodniczego urozmaicenia okolicy. Był to przedewszystkim zbiornik rezerwowy, który niegdyś zapewniał odpowiedni zapas wody, umożliwiając sprawne funkcjonowanie młyna położonego poniżej.

Franciszek Ptak

Po odwiedzeniu lub minięciu dawnego młyna w Bieńczycach skręcamy w ulicę Cienistą. Już na samym początku naszym oczom ukazuje się budynek, który trudno uznać za typowy dla tej części miasta — zarówno ze względu na architekturę, jak i styl wyraźnie zdradzający czas jego powstania. I rzeczywiście, obiekt ten kryje w sobie całkiem nietuzinkową historię.

Dom Sokoła, wzniesiony w 1909 roku, związany jest oczywiście z jednym z najstarszych polskich towarzystw gimnastycznych — „Sokołem”. W przypadku bieńczyckiego budynku interesująca jest jednak nie tylko jego architektura, która nawet dziś wyraźnie odstaje od otoczenia, lecz także okoliczności jego powstania. Inicjatorem przedsięwzięcia i jednym z głównych fundatorów był bowiem chłop — Franciszek Ptak.

To postać na tyle barwna, że miał posłużyć za pierwowzór Czepca, bohatera Wesela Stanisława Wyspiańskiego. Nie powinno to zresztą szczególnie dziwić, ponieważ Ptak utrzymywał kontakty ze znaczną częścią krakowskiej bohemy, a jego działalność wykraczała daleko poza lokalne sprawy.

Tej postaci zdecydowanie należałoby poświęcić więcej miejsca, ale skoro nie zdążyliśmy jeszcze nawet opuścić Krakowa, musimy zostawić tę opowieść na inną okazję. Zresztą, podobnie jak inni bohaterowie naszej dzisiejszej przejażdżki, Franciszek Ptak jeszcze powróci na trasie. A w tym przypadku trafniej będzie powiedzieć, że to my będziemy mieli okazję nawiedzić miejsca z nim związane.

Mistrzejowice i Zesławice

Po wjeździe w ulicę Fatimską i minięciu kościoła Matki Bożej Królowej Polski, czyli popularnej „Arki Pana”, kierujemy się w stronę Mistrzejowic. Świątynia ta, choć uznawana za jeden z najbardziej charakterystycznych przykładów polskiej architektury sakralnej XX wieku, wykazuje wyraźne podobieństwa do kaplicy Notre-Dame-du-Haut w Ronchamp we Francji, zaprojektowanej przez Le Corbusiera.

Mistrzejowice, stanowiące dziś część Nowej Huty, w świadomości mieszkańców kojarzą się przede wszystkim z osiedlem położonym kilka kilometrów na wschód od miejsca, w którym się znajdujemy. Tymczasem historyczna wieś związana była przede wszystkim z doliną Dłubni, a jeszcze w latach 70. XX wieku jej wiejski charakter i położenie były znacznie bardziej czytelne niż dziś.

Należące niegdyś do kapituły krakowskiej Mistrzejowice, choć posiadały karczmę i młyn, aż do rozbudowy Nowej Huty pozostawały niewielką osadą, której liczba mieszkańców oscylowała wokół stu osób.

W przypadku sąsiednich Zesławic, należących do cystersów z Mogiły, historia wyglądała bardzo podobnie. Karczma, folwark, młyn, stanowiska archeologiczne i forty Twierdzy Kraków — wszystko to składało się na obraz niewielkiej wsi o długiej historii, której rytm przez stulecia wyznaczały przede wszystkim lokalne warunki i działalność rolnicza.

Dopiero plany budowy Nowej Huty przyniosły zasadniczą zmianę. W latach 50. XX wieku uruchomiono tu cegielnię, rozwijano wydobycie iłów wykorzystywanych do produkcji cegieł i działalności hutniczej, a także utworzono Zalew Zesławicki, który miał zapewnić wodę dla powstającego miasta. W ten sposób obie wsie, dotąd pozostające na uboczu wielkomiejskich przemian, znalazły się w orbicie zainteresowania znacznie szerszej grupy mieszkańców Krakowa.

Opuszczamy Kraków

Zostawiamy za sobą Mistrzejowice i Zesławice, by wkroczyć do Batowic. Tuż za obwodnicą uwagę zwracają wierzby rosnące wzdłuż drogi i doliny Dłubni. A właściwie trudno ich nie zauważyć, choć niekoniecznie z powodów, dla których chcielibyśmy się nimi zainteresować. Pozostawione przez lata bez odpowiedniej pielęgnacji drzewa wyglądają dość ponuro, a ich stan stwarza realne zagrożenie. Przerośnięte konary co jakiś czas się łamią, spadając wprost na drogę.

Ogławiane wierzby jeszcze do niedawna stanowiły dość powszechny element krajobrazu polskiej wsi. Ich regularne przycinanie miało przede wszystkim wymiar praktyczny. Pozyskiwane pędy wykorzystywano do wyplatania koszy, budowy ścian i ogrodzeń, a grubsze gałęzie trafiały do pieców.

W okolicach Krakowa dobrym przykładem tego rodzaju gospodarowania drzewami są okolice Tyńca. Droga prowadząca do Batowic może nie jest równie atrakcyjna widokowo, ale pod względem liczby wierzb, które jeszcze do niedawna utrzymywano tu w odpowiedniej kondycji, trudno znaleźć dla niej konkurencję.

Warto jednak zaznaczyć, że sytuacja nie pozostaje całkowicie bez zmian. W przypadku części drzewostanu prowadzone są obecnie prace mające przywrócić tradycyjną formę. Jeśli nie uda się w ten sposób zachować charakterystycznego krajobrazu, to przynajmniej jest szansa na zwiększenie bezpieczeństwa.

Aleja wierzbowa ciągnie się od ulicy Spacerowej do ulicy Na Łąki. My jednak opuszczamy ją wcześniej, przekraczając Dłubnię mostem prowadzącym wprost do Raciborowic.

Również i ta miejscowość ma za sobą długą historię. W XIII wieku przeszła pod władzę kapituły katedralnej krakowskiej, a z jej dziejami związany jest również Jan Długosz — kanonik krakowski i kronikarz, który odnotował ją w swoich zapiskach. To właśnie jemu przypisuje się fundację miejscowego kościoła św. Małgorzaty, który, co szczególnie interesujące, przetrwał do naszych czasów bez większych zmian w swojej zewnętrznej formie.

Nie oznacza to jednak, że świątynia zachowała w pełni swój pierwotny charakter. O ile bryła i fasada wciąż przypominają o jej średniowiecznym rodowodzie, o tyle wnętrze zostało w późniejszych wiekach wyraźnie przekształcone zgodnie z barokową estetyką.

Kościół św. Andrzeja w Sieciechowicach Kościół św. Benedykta Opata w Imbramowicach Klasztor Norbertanek w Imbramowicach

https://www.oldmapsonline.org/en#position=6/50.061/19.937 https://ma.krakow.pl/archeologiczne-opowiesci-z-malopolski-i-nie-tylko/ https://upadektechnikikrakowa.blogspot.com/2026/04/?m=0