Najciemniej jest pod latarnią
Rozpoczęcie prac nad serwisem 100KRK stało się impulsem do weryfikacji wątpliwości i przypuszczeń zrodzonych przed laty podczas przemierzania Małopolski na dwóch kołach. Poznawanie okolic Krakowa - głębokich dolin, wyżyn i z pozoru nijakich przestrzeni - w umiarkowanym tempie jazdy rowerowej (przynajmniej jeśli zestawić ją z prędkością motocykla) pozwalało na dokładne przyjrzenie się szczegółom terenu.
I tak też rodziły się przypuszczenia o dawnym przeznaczeniu niektórych miejsc. Jednak ze względu na brak czasu, spore odległości oraz trudności terenowe, przed którymi staje kolarz amator w stroju z lycry i sztywnych butach z klamrami SPD-SL, lokalizacje te nigdy nie doczekały się ponownej wizyty.
Nowa era
Wraz z upływem lat zmienił się dostęp do danych. Wiedza niegdyś zarezerwowana dla nielicznych lub wymagająca ogromnych nakładów czasowych i finansowych, stała się znacznie łatwiej osiągalna. Choć w sferze dostępu do źródeł archiwalnych pozostaje jeszcze wiele do zrobienia, dzisiejsze serwisy internetowe i technologie oferują możliwości, które niegdyś kosztowały fortunę.
Kluczowe znaczenie mają tu obrazowanie lotnicze z wykorzystaniem dronów oraz technologia LiDAR. Ten ostatni można uznać za przełom w badaniu struktur terenowych. Pozwala on na „zajrzenie” pod korony drzew i dostrzeżenie form niewidocznych gołym okiem. Choć najbardziej precyzyjne dane wciąż opierają się na kosztownych nalotach, urządzenia wyposażone w dalmierze laserowe stają się coraz powszechniejsze, a ich cena sukcesywnie spada.
LiDAR i wyjazd w teren
Połączenie nowoczesnych technologii z chęcią sprawdzenia lokalizacji budzących zainteresowanie nie doprowadziło do rozwiania wątpliwości, lecz do ich multiplikacji. Analiza ukształtowania terenu w wielu zapamiętanych punktach potwierdziła wcześniejsze domysły. Mowa tu nie tylko o opisanych na blogu anomaliach w Rusocicach czy na Górze Buczyna w Tenczynku, ale i o wielu innych obiektach.
Najciekawszym elementem sprawdzonych lokalizacji jest ich oczywistość przy jednoczesnym braku ujęcia w popularnych opracowaniach. Obiekty te charakteryzują się warunkami zbliżonymi do znanej Góry Grodzisko w Tyńcu. Położeniem przy znaczących ciekach wodnych (w tym przy Wiśle), niezwykle stromymi zboczami i dobrą kontrolą nad otaczającymi traktami.
Choć fakt istnienia w tych miejscach dawnych osad to nadal domysły, zebrane przesłanki skłoniły do poinformowania o nich Wojewódzkiego Urzędu Ochrony Zabytków (WUOZ).
Krakowskie grody
Tematyka dawnych grodów, w tym tych zlokalizowanych w granicach dzisiejszego Krakowa, nie należy do najpopularniejszych zagadnień, choć nie jest to też wiedza tajemna. Poza punktami tak oczywistymi jak Wzgórze Wawelskie, osada Okół, Wzgórze Klasztorne w Tyńcu czy wspomniana Góra Grodzisko, na mapie miasta istniało prawdopodobnie co najmniej kilka innych warowni.
Nie chodzi tu o Grodzisko w Piekarach - gdyż to odseparowane jest od granic miasta szerokim korytem Wisły i jej starorzeczem, a o inne lokalizacje wskazywane jako wysoce prawdopodobne. Chodzi tu o okolice Kopca Wandy, krakowski Salwator, strategiczne wzgórza Krzemionek, tereny Bieżanowa, Prokocimia oraz Podgórza Duchackiego.
Brak wykorzystania dolin rzek takich jak Wilga, Drwinka czy Serafa byłoby wręcz zastanawiający.
Najciemniej pod latarnią
To, czy na terenie dzisiejszego Krakowa istniało więcej grodów, a jeśli tak - w jakich dokładnie lokalizacjach, w większości przypadków pozostaje w sferze domysłów przykrytych grubą warstwą betonu. Czy jest to jednak sprawa ostatecznie przesądzona?
Choć gwałtowna zabudowa i „mielenie” krajobrazu przyspieszyły jak nigdy dotąd, w granicach miasta wciąż można spotkać tereny o charakterze wiejskim, a nawet dzikim.
Sytuacja ze zgłoszonymi już obiektami na Górze Sokola oraz Górze Buczyna sugeruje, że nie jest to wcale sprawa przesądzona. Lokalizacje te, mimo że ich topografia niemal „krzyczy” o zainteresowanie, wciąż pozostają pominięte w oficjalnych opracowaniach historycznych i archeologicznych. A to rodzi pytanie: czy równie zapomniane miejsca mogą ukrywać się w samym Krakowie?
Kraków to miasto wybitnie akademickie, będące siedzibą licznych instytucji powołanych do badania przeszłości. Swoje miejsce znalazły tu m.in. Instytut Archeologii i Etnologii PAN, Instytut Archeologii UJ oraz Muzeum Archeologiczne. Poza środowiskiem archeologicznym miasto skupia rzesze historyków, geodetów, geologów i całe grono innych specjalistów, których kompetencje pozwalają na bezbłędne rozpoznawanie anomalii terenowych.
Powiedzenie “najciemniej pod latarnią” nie wzięło się jednak znikąd 😉
Głupi ma zawsze szczęście
Trudno orzec, czy to kwestia przypadku, czy efekt skutecznego stosowania prostego przepisu na lokalizację grodów, dworków i osad obronnych. Zaledwie kilka minut po wdrożeniu śmiałego planu poszukiwań „zaginionych” grodów w granicach Krakowa, na mapie ukazał się obiekt dotychczas nieznany, niezauważony lub całkowicie pominięty.
Gródek stożkowaty? Dwór obronny? A może inna forma założenia obronnego?
Przyświecająca tym działaniom maksyma o „najciemniejszym miejscu pod latarnią” nie pozwalała łatwo zwątpić w znaczenie znaleziska, jednak rzetelność wymagała weryfikacji. Jako pierwszy uruchomiony został serwis Muzeum Archeologicznego w Krakowie. Wynik: brak danych. Biorąc jednak pod uwagę ograniczony zakres cyfrowej bazy, brak wpisu nie mógł być poz żadnym względem uznany za rozstrzygający.
Kolejnym krokiem była szybka “kwerenda” w serwisie Narodowego Instytutu Dziedzictwa (NID) - i ponownie „pudło”. Przy okazji tych poszukiwań wyłonił się inny, poboczny wątek. Choć w Krakowie i okolicach nie jest on niczym nadzwyczajnym, stanowi kwestię twardą niczym kamień, do której warto będzie wrócić w dalszej części wpisu.
Skoro narzędzia „pierwszej pomocy” nie przyniosły rezultatów, nadszedł czas, by sięgnąć głębiej. Choć w przypadku tak dobrze opisanego regionu Polski można odnieść wrażenie, że zamiast schodzić w głąb, wypływa się na szerokie wody - historii.
Historia Wróżenic
Lokalizacja tego tajemniczego obiektu nie jest szczególnie zaskakująca, choć dla przeciętnego krakowianina to niemal „terra incognita”. Okolice Kościelnik nie budzą bowiem większego zainteresowania wśród mieszkańców centrum, mimo że zarówno one, jak i sąsiednie Wróżenice, od lat stanowią integralną część miejskiej tkanki. Można się o tym zresztą łatwo przekonać, zaznaczając opcję „Granice miasta” w naszym serwisie.
Goście z przymusu i z wyboru
Poza historycznymi osobistościami, które niegdyś odwiedzały Pałac Włodzickich, oraz samymi tubylcami, okolice te najchętniej wizytowali chyba tylko żołnierze armii austro-węgierskiej. Oni jednak, podobnie jak dzisiejsi mieszkańcy, wielkiego wyboru nie mieli - rzucił ich tu obowiązek i strategiczne położenie twierdzy Kraków.
Mieszkańcy tej części Nowej Huty zapewne poczuliby się urażeni taką opinią, ale dla zewnętrznego obserwatora jest to okolica dość ponura, pomijana i niemal całkowicie nieznana większości krakowian. Rolniczy charakter tych ziem, kultywowany z mozołem od tysiącleci, skutecznie zniechęca turystów. Na szczęście - jak dotąd - omija je również wzrok deweloperów.
Dla archeologów to z kolei prawdziwy raj, choć specyficzny - to „ziemia obiecana” głównie dla tych badaczy, którzy z pasją oddają się analizie… kamieni.
W tych to właśnie okolicznościach przyrodniczo-urbanistycznych, w cieniu zapomnianych traktów, uchował się on…
Czeski film
Znaczna część dzisiejszego Krakowa oraz jego okolic już u zarania dziejów miasta znalazła się w rękach kościelnych. Choć dominacja ta miała swoje wady, nie sposób odmówić przedstawicielom duchowieństwa niezwykłej skrupulatności i skuteczności w zarządzaniu dobrami. Co jednak najważniejsze - cechowała ich żelazna dyscyplina w odnotowywaniu wszystkich znaczących, jak i drobnych elementów codzienności.
Dziś trudno rozsądzać jak ważny był fakt przekazania tuzina jajek, ale takich informacji znajdziemy w klasztornej dokumentacji wiele.
Wróżenice - znane w dokumentach pod dawnymi nazwami jako Wozenice, Wrolnicze czy Wrozenycze - zaistniały na kartach historii w 1293 roku. To wtedy Wacław II objął swoją opieką „dwór we Wrożenicach”, stanowiący wówczas własność klasztoru cystersów w Henrykowie (dzisiejsze województwo dolnośląskie).
Zaledwie rok później ten sam monarcha - król czeski, książę krakowski i sandomierski oraz margrabia morawski - nadał cystersom przywilej lokacji Wróżenic na prawie niemieckim. Nie byli to jednak bracia z Henrykowa, lecz zakonnicy z innego śląskiego klasztoru w Lubiążu, którzy przybyli do podkrakowskiej Mogiły już w 1222 roku.
To właśnie dzięki przejęciu dóbr (i dokumentacji) od braci z Henrykowa, Archiwum Muzeum Cystersów w Mogile (dzisiejsze serce Nowej Huty), może nam zaserwować wspomniane fakty.
W imię Pańskie, Amen. Ponieważ godzi się, aby królewska doskonałość krzewiła i wspierała świętą religię z królewską szczodrobliwością, tak aby jej wyznawcy mogli tym spokojniej służyć Bogu, im większymi udogodnieniami zostaną obdarzeni.
My, Wacław, z Bożej łaski król Czech, książę Krakowa i Sandomierza oraz margrabia Moraw, czynimy wiadomym tak obecnym, jak i przyszłym, że kierując pobożne wejrzenie na kościół chwalebnej Dziewicy Maryi oraz na zakonników zakonu cysterskiego w Henrykowie, tamże Bogu służących, okazujemy im szczególną łaskę dla zbawienia dusz naszych przodków i naszego własnego, nadając im pełną i swobodną władzę lokowania ich wsi, mianowicie: Wolnicy oraz Glewy Większej i Mniejszej, na prawie niemieckim, jakimkolwiek zechcą, i osadzania w nich ludzi jakiegokolwiek języka czy narodu, lub też, jeśli wolą, zakładania tam folwarków.
Przyznajemy im także pełną swobodę w uprawie pól według wspomnianego prawa. Uwalniamy również mieszkańców tychże wsi i folwarków od wszelkiej jurysdykcji i władzy sędziów, kasztelanów, palatynów (wojewodów), sędziów i ich urzędników, czyniąc ich wolnymi na wieczność, tak aby nikt nie śmiał sądzić wspomnianych mieszkańców, chyba że opat tegoż zakonu lub w danym czasie nasz starosta, gdyby tamci (zakonnicy) okazali się niedbali w wymierzaniu sprawiedliwości skarżącym się mieszkańcom.
Dla większej pewności tej sprawy daliśmy im niniejsze pismo, umocnione naszą pieczęcią. Dane publicznie w Pradze, dnia piątego przed idami stycznia (9 stycznia), roku Pańskiego tysięcznego dwusetnego dziewięćdziesiątego czwartego (1294), przez ręce pana Zachariasza, kanclerza dworu.
”Gródek” we Wróżenicach
Wspomniane wcześniej źródło wskazuje na istnienie we Wróżenicach dworu, który Wacław II objął swoją pieczą. Nie wiemy — i najpewniej już się nie dowiemy — czy decyzja ta wynikała ze złego stanu konstrukcji, potrzeby rozbudowy, czy może z chęci realizacji własnych celów politycznych. Podobnie niepewna pozostaje kwestia terminologii: czy obiekt wzmiankowany w przekazie faktycznie można by dziś określić mianem dworu?
Znacznie bardziej namacalnym elementem jest zarysowujący się u podnóża wzniesienia wał ziemny, chroniący założenie od strony zachodniej. Tuż obok, opasując wzgórze od zachodu i częściowo od północy, przebiega rów będący korytem Potoku Kościelnickiego. Choć taki układ idealnie wpisywałby się w obronny charakter lokalizacji, nienaturalnie schematyczny przebieg koryta sugeruje, że nie jest to dzieło natury. Hipotezę tę potwierdzają mapy z XVIII wieku, na których wody potoku są znacznie bardziej odsunięte od podstawy wzgórza.
Nieco późniejsze, niezwykle precyzyjne wydania map austrowęgierskich z XIX wieku ukazują już odmienny stan rzeczy. W tym przypadku wody potoku znajdują się w niemal identycznej odległości od omawianego obiektu, w jakiej możemy je zaobserwować dzisiaj.
Co ciekawe, na arkuszach tych naniesiono już oznaczenie „T.Z. Wrozonice 127,21” (Triangulations-Zone). Wskazuje ono na punkt, a dokładnie trójkąt triangulacyjny, który do dziś, zapewne w nieco odśieżonej formie służy jako punkt odniesienia dla geodetów i kartografów.
Co jednak najwazniejsze odnaleziony z pomocą cieniaowania terenu obiekt już w XVIII wieku był zapomnianym elementem krajobrazu, skrywanym przez gęstą roślinność.
Z nieukrywanym żalem należy jednak wspomnieć, że obszar Wróżenic nie został uwzględniony w najstarszym opracowaniu mapy Galicji — Galizien und Lodomerien (1779-1783). Prace kartografów kończyły się wówczas na granicy wytyczonej przez Wisłę, w wyniku czego z najbliższej okolicy jedynie Kraków znalazł się na arkuszach. Nie zmienia to jednak faktu, że wyrazy uznania dla austrowęgierskiej służby kartograficznej są jak najbardziej na miejscu. By się o tym przekonać, wystarczy zestawić ich arkusze z efektami prac prowadzonych przez zaborcę ze wschodu. Różnica w dokładności pomiarów, szczegółowości rzeźby terenu oraz staranności naniesienia detali topograficznych jednoznacznie dowodzi profesjonalizmu “wiedeńskich” kartografów, choć przeważnie uposażonych w węgierskie nazwiska 😉
Stan wegetatywny
Choć początek tegorocznego kwietnia nie zachwyca pogodą, roślinność, która zdążyła poczuć ciepłe, marcowe promienie słońca, nie zamierza się już zatrzymywać. To właśnie ten fakt skłaniał — mimo porwistych i zimnych wiatrów hulających nad Krakowem — do wyruszenia w teren.
Po dotarciu do Wróżenic w pierwszej kolejności należało ocenić najdogodniejsze podejście od strony zachodniej, stanowiącej jednocześnie najlepszy punkt widokowy na obiekt i całe wzgórze. Jednak gęsta zabudowa, szerokość i głębokość potoku oraz podmokły teren wokół niego skutecznie zniechęcały do jakichkolwiek prób przedostania się przez dolinę od tej strony.
Jedynym wyjściem okazała się trasa widoczna na mapach już w XVIII i XIX wieku. Choć nie była to droga najwygodniejsza — a wyboista i zdradliwa — bez większych przeszkód udało się wdrapać jednośladem pod omawiany wcześniej punkt triangulacyjny. Biorąc pod uwagę brak możliwości kontynuowania jazdy w stronę samego obiektu, rozsądniejszą opcją byłoby zapewne pozostawienie maszyny u podnóża i dalsza, piesza wędrówka przez las.
Aby dotrzeć na szczyt, pozostaje nam jedynie balansować po wąskiej, grząskiej miedzy.
Obiekt zakłopotania
Po krótkim spacerze i przedarciu się przez dość charakterystyczny, wątłej jakości las pełen powalonych drzew, dochodzimy do celu naszej wycieczki. Skąpa warstwa próchnicy, choć skutecznie przykrywa drobne pozostałości po niegdysiejszych mieszkańcach, wskazuje na dwie możliwości: albo obecny drzewostan nie ma wiele wspólnego z kompleksem leśnym widocznym na mapach z XVIII wieku (co sugerowałyby ich późniejsze wersje), albo warunki glebowe wyjątkowo nie sprzyjają tutaj wegetacji.
Zapewne, jak to zazwyczaj bywa, prawda leży pośrodku. Las porastający miejsca nienadające się do uprawy stanowił istotne źródło opału dla okolicznych mieszkańców, z kolei widoczne gołym okiem zróżnicowanie podłoża oraz znaleziony tuż przy miedzy prehistoryczny koralowiec wskazują, że roślinność nie ma tutaj łatwego życia. Dotyczy to oczywiście jedynie wybranych, niewielkich obszarów, gdyż region ten słynie z jednych z najbardziej urodzajnych gleb w kraju — tutejsze lessy i czarnoziemy przyciągały rolników od tysiącleci.
Po przyjrzeniu się z bliska nasypom, które zawsze robią znacznie większe wrażenie w terenie niż na cyfrowych modelach wysokościowych, uwagę zwraca otwarta przestrzeń od strony północno-wschodniej. Czy to efekt dawnej, niewidocznej już orki, czy może pozostałość po działaniach „nieproszonych gości”? Trudno przypuszczać, by obiekt nie posiadał żadnych zabezpieczeń od strony najłagodniejszego podejścia, podczas gdy tak dobrze zachowały się nasypy od południa, na najbardziej stromo nachylonym zboczu.
Konstrukcje słupowe wciaż żywe
Na uwagę zasługuje również porzucony — lub wciąż rozbudowywany — szałas, usytuowany na południowym zboczu wzgórza, na którym znajduje się obiekt. Ze względu na brak obecności lokatorów, możliwe było jedynie pobieżne przyjrzenie się konstrukcji i powrót do pojazdu pozostawionego na wzniesieniu.
Forma budowli przywodzi na myśl znaną w skali kraju ziemiankę, wydrążoną w wale grodziska pod Bolesławiem. Z kolei widoczne otwory pod słupy nośne dachu stanowią czytelne, nieco zabawne odniesienie do dawnych technik konstrukcyjnych — szczególnie w realiach lessowego krajobrazu okolic Krakowa.
Może gródek, może dworek, ale na pewno osada
Podczas przemieszczania się w rejonie obiektu zidentyfikowanego na podstawie danych LiDAR uwagę zwracały przede wszystkim liczne otoczaki, skalenie, jaspisy i inne, pozornie dość pospolite kamienie. Część z nich była jednak wyraźnie rozłupana, co sugeruje, że nie są to zwykłe polne znaleziska, a przynajmniej nie trafiły w to miejsce i nie uległy fragmentacji wyłącznie w sposób naturalny.
Kierując się miedzą w stronę szczytu wzgórza, warto było dokładniej przyjrzeć się materiałowi, który mógł być spłukiwany z jego słabo porośniętych zboczy. W typowym dla lessowych wyniesień krajobrazie, w pobliżu cieku wodnego, powierzchnia pola — od granicy lasu aż po sam wierzchołek — okazała się wyraźnie nasycona drobnymi pozostałościami działalności ludzkiej.
Choć całe wzgórze otoczone jest śladami osadnictwa, wiele wskazuje na to, że sam jego szczyt mógł pozostać poza głównym obszarem zainteresowania badaczy. Słabo porośnięty, z wychodniami wapieni sięgającymi blisko warstwy humusu, wydaje się najbardziej predysponowanym miejscem do intensywnego użytkowania w różnych fazach zasiedlenia tego terenu.
Co dalej?
Zarówno obiekt zidentyfikowany na mapie i potwierdzony w terenie, jak i jego otoczenie — bogate w ślady dawnej obecności człowieka — sugerują, że zasadne byłoby poinformowanie odpowiednich instytucji i specjalistów. Jednocześnie dotychczasowe doświadczenia z komunikacją w tradycyjnej formie nie stanowią szczególnej zachęty do podjęcia takiego kroku.
Alternatywą może być zainteresowanie tematem środowisk skupionych wokół branżowych grup tematycznych. Choć nie jest to rozwiązanie optymalne, bywa lepiej dopasowane do współczesnych realiów obiegu informacji i może zwiększyć szanse na szybszy odzew. Choć należy też uwzględnić, że w przypadku tej formy komunikacji istnieje istotne ryzyko zetknięcia się z narracjami o charakterze spekulatywnym lub pseudonaukowym (w skrócie użeranie się z turbolechiteami 😉) , co może dodatkowo komplikować rzeczową wymianę informacji.
Podsumowanie
Czy anomalie zarejestrowane zarówno w analizie cieniowania terenu, jak i podczas odwiedzin lokalizacji stanowią relikty konstrukcji o charakterze ściśle obronnym, czy też należy je łączyć z dworem wzmiankowanym w dokumentach henrykowskich — pozostaje kwestią otwartą.
Na obecnym etapie wszystkie te interpretacje mieszczą się w sferze przypuszczeń, wymagających weryfikacji przez specjalistów.
Niezależnie od ostatecznej identyfikacji, sam obiekt zasługuje na uwagę. Jeżeli choć część z przedstawionych hipotez znajdzie potwierdzenie, może to stanowić istotne uzupełnienie wiedzy o osadnictwie w rejonie Krakowa i jego zaplecza. Jeśli rzeczywiście mielibyśmy do czynienia z rezydencją rycerską typu motte, byłby to prawdopodobnie jedyny tego typu relikt zachowany na terenie całego miasta — i zarazem dość zaskakujące odkrycie.
Osobnym zagadnieniem pozostaje samo wzgórze dominujące nad okolicą — to już jednak zupełnie inna historia, pozostająca w gestii archeologów. W rejonie Wróżenic materiału do analizy raczej nie zabraknie na długo, przy założeniu, że dotychczasowe podejście badawcze nie ulegnie większym zmianom, co zresztą wcale nie jest takie oczywiste.
Pewne jest natomiast, że “teoria kolorowych kamyczków” dotąd nie została zakwestionowana przez rzeczywistość 😉
Czas wrócić do standardowych przejażdżek — w końcu do tego ten serwis został stworzony, choć patrząc na dotychczasowe wpisy, trudno już to dostrzec. Ot, krakowska aura i jej efekty 🤧